Happy Valentine's Day

Jechało się dobrze. Minęliśmy Tangassoko i zostało jakieś 10 km drogi do Po, skąd autobusem mieliśmy jechać do stolicy, po czym prosto na lotnisko wsiąść w samolot powrotny.

Coś jednak zaczęło się zmieniać. Kolejni zaczepiani przez nas przechodnie zamiast tłumaczyć po francusku którędy do Po zapytali Do you speak english? a 'Bon jour' stopniowo zostało zastępowane przez 'Good morning'. Czyżby na południu uczyli się angielskiego, nie francuskiego? - myśleliśmy. Dojechaliśmy do kolejnej wioski i tam też wskazali nam drogę do Po, mijane domy były jednak inne, budowane z cegieł, duże i otynkowane. Coś było wyraźnie nie tak. Żeby już dłużej nie trzymać nas w niepewności, Ghana pokazała nam znaki w języku angielskim, a że to jeszcze nie wystarczyło, żeby nas przekonać, pokazała plakat informujący o wyborach prezydenckich. Wyborach na prezydenta Ghany rzecz jasna.
No pięknie, trzeba się zatrzymać i z kimś pogadać. Trafiło na poważnie wyglądającego pana, w koszuli i okularach.
- Zgubiliśmy się.
- Acha.
- Czy to jest Ghana?
- Achaaa.... Uuuu... Tak, to jest Ghana.


Przyjechaliśmy wiec do Ghany, nielegalnie, bez wizy, przez przypadek. A od Tangassoko odjechaliśmy ponoć 40km.
Peter, bo tak miał na imię pan w koszuli, bez chwili wahania postanowił nam pomóc.
Pojechał z nami na stację paliw, gdzie okazało się że unia walutowa tu nie sięga i nie mamy pieniędzy, a także to że mamy przebitą oponę. Wysłał więc kogoś na granicę, żeby wymienił nasze pieniądze i posłał po kogoś, kto nam załata dziurę. Siedzieliśmy razem przy drodze pod drzewem przy naszym moto, którego jedno koło pojechało do naprawy.
Cały ten czas Peter kombinował, jak by tu nas najlepiej poprowadzić z powrotem bezpiecznie do Burkina, tak byśmy przy tym jeszcze zdążyli na ostatni autobus do Ouaga. 
Ostatecznie zorganizował chłopaka, który na jego motorze przeszmugluje nas przez granicę. Wymieniliśmy uściski i podziękowania, a mijana tuż przed zjazdem w polną dróżkę grupa dziewcząt życzyła nam Happy Valentine's Day. 

Zły Motor czyli Tiebele i okolice

Jednym z miejsc, które chcieliśmy odwiedzić w Burkinie była wioska Tiebele na południe od Wagadugu, która znana jest z tradycyjnie malowanych domów ludu Kassena.



Domy, budowane z gliny, są pozbawione okien. Jedynym otworem jest wejście o wysokości nie większej niż metr. Zaraz za nim znajduje się tej samej wysokości mur. Konstrukcja ta jest stosowana, aby chronić mieszkańców. Mrok wewnątrz zapewnia doskonałe schronienie przed każdym kto wchodzi z ostrego słońca, dając mieszkańcom kilka sekund przewagi na reakcję. Mur oprócz typowej zapory, za którą można się ukryć, zatrzymuje też strzały uniemożliwiając zranienie obecnych wewnątrz, a niskie wejście wymusza na wchodzącym pochylenie się i wejście głową do przodu.
Kształt domu różni się w zależności od stanu cywilnego, przykładowo dom młodego małżeństwa wybudowany jest na planie kwadratu, a dom kawalera na planie koła.
Na początku pory suchej kobiety malują domy własnoręcznie wytworzonymi farbami (czerwoną, czarną i białą). Charakterystyczne wzory mają symboliczne znaczenie i oprócz figur geometrycznych przedstawiają też zwierzęta i rośliny.


Oprócz Tiebele chcieliśmy zatrzymać się w jeszcze kilku wioskach po drodze i wrócić inną drogą do Po*. Najlepszym rozwiązaniem znów było wypożyczenie motoru, więc tak postanowiliśmy zrobić. W Po (do którego dojechaliśmy autobusem) nie ma wypożyczalni, znaleźliśmy więc motor na własną rękę i tak właśnie zaczęła się historia ze Złym Motorem.

Na dworcu zaczepił nas chłopak mówiący po angielsku, a my, zwiedzeni możliwością łatwego komunikowania się, zdecydowaliśmy wziąć motor od niego. Dalsza droga, choć bardzo malownicza, okazała się serią porażek. :)

1. Gdy przejechaliśmy kawałek i chcieliśmy zmieniać biegi okazało się, że są kompletnie zwichrowane. Z pierwszych ustaleń wyszło, że na czwórce jest jedynka, na dwójce czwórka, reszty brak. Postanowiliśmy jechać dalej.

2. Motor przestaje jechać. Gdy przejeżdżaliśmy przez malutką wioskę, dogonił nas chłopak na motorze i powiedział, że mamy flaka, po czym zaprowadził do wulkanizacji. Wyjęli dętkę, a tam więcej łat niż niełat. 

3. Zatrzymaliśmy się w najlepszym noclegu w Tiebele. Przy prezentacji pokazali nam pokój, przynieśli wiatrak, pokazali prysznice. Po tym, jak zdecydowaliśmy się zostać okazało się, że nie ma prądu, a do prysznica dają wiadro z wodą. Bateria na ścianie jest dla picu. Żeby było jeszcze fajniej, wieczorem włączyli generator, ale światło zapaliło się wszędzie, tylko nie w naszym pokoju. Jak już był prąd, okazało się, że wiatrak zepsuty. 

4. Wracając z centrum na noc do hotelu mieliśmy wypadek. Motor się przewalił, a my wyszliśmy z tego z porozdzieranymi i przypieczonymi tłumikiem nogami.
Motor się zepsuł, hamulec powyginał się i nie dało się włożyć nawet tych dwóch marnych biegów.
Na szczęście przy pomocy niesamowicie serdecznych lokalnych szybko udało nam się jakość podnieść, a nawet naprawić motor. Mijali nas też wracający z wycieczki Francuzi, którzy niestety nie byli tak chętni do pomocy.


Po nie jest, wbrew pozorom, najkrótszą nazwą jaką można nadać. Całkiem niedaleko leży park narodowy o nazwie W.








Wszystkie dzieci Meguet


Powoli i nieśmiało wychylają za murku swoje małe główki i z ciekawością spoglądają na podejrzanych, białych obcych spacerujących po ich podwórku. Niepewnie odwzajemniają uśmiech i grzecznościowo machają. Początkowo nieufne, po chwili z radością, ale też z powagą ustawiają się do zdjęcia.




Na policzkach niektórych z dzieci widać podłużne nacięcia. Wśród Mossi niemowlętom nacina się skórę twarzy, aby powstały charakterystyczne blizny. Określają one plemię pochodzenia, status społeczny, ale także służą jako ozdoba.

W Burkina Faso dzieci przed 14 rokiem życia stanowią niemal 50% społeczeństwa.




















Fabryka cegieł


Większość domów na wsi jest budowana w sposób tradycyjny z glinianych cegieł. Nie wynika to raczej z zamiłowania do tradycji, ale z marnej sytuacji materialnej. Mury tych domów nie są bardzo trwałe, szczególnie są wrażliwe na wodę, której w porze deszczowej nie brakuje. Wiele budynków jest remontowanych co roku.

Jeżdżąc po Burkinie w wielu miejscach widzieliśmy "wytwórnie cegieł", czyli jeziora, czy mokradła, w których z błota robi się cegły. Takie miejsce widzieliśmy też tuż przed Meguet, więc stwierdziliśmy, że musimy tam pójść. W innej porze roku jest to całkiem spore jezioro, ale teraz to jedynie niewielka kałuża.

Tego dnia dzieci w szkole miały wolne - cały naród świętował powrót reprezentacji Burkiny w piłce nożnej do kraju. W związku z tym wszystkie dzieci zamiast do szkoły poszły do pracy, a grupka młodszych została naszymi samozwańczymi przewodnikami i pokazała nam całą produkcję krok po kroku.

Sam proces produkcyjny jest dość przewidywalny, glinę formuje się w kształt cegły, a później zostawia do wyschnięcia. Jak tylko wyschnie jedzie już na budowę.

W tym samym jeziorze mieszkają krokodyle, które porywają kozy. Dzieci twierdziły, że kiedyś porwały też krowę.