¡Hasta siempre Bolivia!

16 wrzesień 2011

Boliwię mamy już za sobą. Sześć tygodni w czasie których łatwo nie było. Dziki to kraj i nieprzewidywalny ;) Wybierającym się tam zalecamy zapoznanie się z naszym boliwijskim słowniczkiem.

Almuerzo – obiad, posiłek serwowany w prawie każdej jadłodajni między 12 a 14. Zazwyczaj nie ma wyboru jedzenia, albo jest niewielki, ale cena to rekompensuje (od 8Bs). Problem tylko w tym, że jak przychodzisz na almuerzo, to albo jeszcze nie gotowe, albo już nie ma…

Basurero – śmietnik, można go spotkać na ulicach w największych miastach, ale też tylko na głównym placu. Niby fajny pomysł, ale za dużo z tym roboty, żeby miało sens to wprowadzić w całym kraju.

Cambio – reszta, czyli doskonała okazja, żeby oszkapić gringo jeszcze raz, po wcześniejszym zawyżeniu ceny za jasną skórę. Reszty nie ma i nie ma możliwości, żeby się znalazła. Lepiej mieć drobne zawsze przy sobie.

Camino – droga, czyli fragment terenu, po którym jeżdżą samochody. Tutaj ma charakter raczej zwyczajowy, nikt nie kładzie asfaltu, który zobowiązywał by do poruszania się dokładnie tym samym szlakiem, albo, nie daj Boże, do łatania dziur.

Comunidad – wspólnota, czyli grupa ludzi, która obmyśliła wspólny sposób na zdzieranie pieniędzy z turystów.

No hay – nie ma, oprócz narcotrafico najpopularniejsza fraza w Boliwii. Istotną kwestią jest to, że może być nawet jak „nie ma”. Podchodzisz do pani z pomarańczami i pytasz -„po ile pomarańcze?”, -„nie ma”. Z Indianami podobno jest tak, że w momencie jak już nahandlują, czy napracują się tyle, że mają tyle, żeby kaszę do garnka włożyć, to już im się nie chce (nagle kończy się sok, ceny wzrastają znacznie i nie chce się podawać produktów klientom).

Pachamama – matka Ziemia, kraj ponoć chrześcijański, ale starych zwyczajów nie udało się wyplenić. Z posiłków, z żucia koki zawsze trochę musi być rzucone na ziemię, dla Pachamamy. Ciekawym miksem jest obrzucanie stacji Drogi Krzyżowej kawałkami jedzenia.

Polonia – Polska, bliżej nieokreślony obszar, gdzieś w Kolumbii…

Sábana – prześcieradło, czyli to co leży na łóżku. Goście hotelowi nie są przecież aż tak brudni, żeby trzeba było to prać. Podczas sześciu tygodni w Boliwii tylko raz zdecydowaliśmy się nie używać śpiworów.

Tele – telewizor, rzecz bardzo cenna, na tyle cenna, że lepiej włożyć ją w pokrowiec z grubej folii – także na ekran. Niewiele widać, ale sposób myślenia słuszny, za telewizor trzeba było dużo zapłacić, a oczy dostało się za darmo.

Ya – magiczne słowo, które może oznaczać wszystko – dobrze, już, dziękuję, spoko, ok, tak, zgoda… Swą popularnością nie przebija jednak „no hay”.

Informacje praktyczne o Boliwii

Boliwię przejechaliśmy z południa na północ, czyli inaczej niż większość turystów. Część wschodnia jest zdecydowanie mniej turystyczna i trochę trudniej tam o nocleg, albo jedzenie poza targiem.
W całej Boliwii generalnie bardzo łatwo o nocleg, ani razu nie rezerwowaliśmy nic wcześniej, zawsze szukaliśmy dopiero gdy znaleźliśmy się na miejscu. Ceny noclegów od 30Bs za dwójkę, przyzwoite warunki od 40Bs. Jedzenie na targu od 8Bs za zestaw obiadowy, nieznacznie drożej w lokalnych jadłodajniach. Przez połowę pobytu jedliśmy na targach wszystko, później po przygodach po targu w Sucre ograniczyliśmy sałatki i surowe warzywa. Jedzenie dla turystów (jak wie każdy Indianin turyści jedzą tylko pizzę) dużo droższe – mała pizza 25Bs.Ceny w sklepach bardzo zróżnicowane i podwyższane na białą twarz. Lepiej oddalić się od miejsc turystycznych i zawsze, zawsze się targować. Duża butelka wody od 4 do 7Bs. Chleb (bułka) 0,30-0,50Bs.
Przez cały pobyt w Boliwii czuliśmy się bezpiecznie, opinie które czytaliśmy na ten temat były sporo przesadzone i trochę za mocno się stresowaliśmy na początku. Nie spotkało nas nic złego, ale nie spacerowaliśmy po niebezpiecznych dzielnicach w środku nocy z aparatem na szyi i komórką przy uchu.
Transport publiczny bardzo dobrze zorganizowany i wszędzie można łatwo dojechać. Czasem trzeba popytać skąd odjeżdżają np. mikro do danej miejscowości. Pojazdy zwykle są brudne i w kiepskim stanie technicznym, ale nie zdarzyła nam się żadna awaria. Warto wiedzieć, że i sprzedający i kierowcy ZAWSZE oszukują jeśli chodzi o godzinę dojazdu. Czas jazdy trzeba pomnożyć razy 1,5. Inaczej jest jeśli zależy Ci na dojechaniu jak najpóźniej, np. p 7 a nie o 4 rano – wtedy przedłużają czas jazdy zgodnie z Twoimi oczekiwaniami, a dojeżdżasz oczywiście o 4. Taksówki są dość tanie, ale lepiej dzwonić po taksówkę do poleconej kompanii, albo poprosić obsługę hotelu lub policjanta na ulicy o złapanie. Cenę zawsze trzeba ustalić przed kursem.
Po mieście najlepiej poruszać się mikro, które jeżdżą często i wszędzie. Nie istnieją żadne rozkłady, więc trzeba pytać miejscowych jak można dojechać w dane miejsce.

Asucion – Santa Cruz
Autobusy jeżdżą prawie codziennie, czas jazdy 26 godzin, cena: 250000 guarani

Santa Cruz – miasto nie oferuje wielu atrakcji, właściwie tylko główny plac z katedrą, na którym spotykają się lokalni i turyści. Miejsce wypadowe do okolicznych parków narodowych i Samaipaty. Noclegi od 30Bs za dwójkę bez łazienki (w pobliżu targów), 60Bs z ciepłą wodą i w trochę lepszych warunkach.

Samaipata – miła wioska w górach dwie godziny jazdy colectivo z Santa Cruz. Dobre miejsce na odpoczynek. Największą atrakcją jest El Fuerte – dość nudne inkaskie ruiny. Poza tym można stąd się wybrać na wycieczki do parków narodowych i do miejsca zabicia Che.

Cochabamba – duże, ale przyjemne miasto. Mało turystyczne, więc trochę trudniej o przyzwoity nocleg. Nie ma tam dużo do zwiedzania, właściwie tylko drugi co do wielkości Chrystus
Oprócz HI Hostel nie ma właściwie hosteli typowo turystycznych, jak w pozostałych miejscach (z kuchnią, internetem itp). Ceny noclegów w centrum: np. La Florida, dwójka bez łazienki (80Bs), najtańsze co znaleźliśmy z internetem – Hostal Ghina’s, dwójka z łazienką i śniadaniem (200Bs!). Taniej jest w okolicach dworca autobusowego, ale jest tam ponoć niebezpiecznie i nie tak przyjemnie.

Autobus Sucre – Cochabamba: od 30 do 60 Bs, jedzie całą noc, duży wybór.

Sucre – konstytucyjna stolica Boliwii z ciekawą (jak na Amerykę Południową!!) starówką. Na targu lepiej nie jeść surowych warzyw ;) Noclegi: około 40Bs za osobę w dormie, 100Bs za dwójkę. Prawie wszędzie jest internet i często śniadanie.

Tarabuco – dojazd na niedzielny targ autobusem turystycznym, albo busikiem z lokalnymi (lepsze rozwiązanie). Targ w Tarabuco naszym zdaniem jest przereklamowany. Chyba już stracił swój mocno lokalny charakter, pełno wycieczek i turystów. Ceny szeroko rozumianych pamiątek znacznie wyższe niż w sklepach w Sucre, tak więc albo trzeba zrezygnować z zakupów tam, albo sprawdzić najpierw ceny w Sucre.

Autobus Sucre – Tupiza: 50Bs (dojeżdża w nocy).

Tupiza – do Tupizy wszyscy przyjeżdżają, żeby pojeździć na koniu w westernowej scenerii (90Bs za 3 godziny, można trochę stargować). Co bardziej zamożni udają się stąd na Salar, ale płacą za to 200% ceny z Uyuni.Ceny noclegów od 50Bs za dwójkę. Jedyny dostęp do Internetu w hotelu Mitru. Mają trzy lokalizacje o różnym standardzie (najtaniej 70Bs) i śpiąc u nich można korzystać z wifi w głównym hotelu.

Autobus Tupiza – Uyuni: 40Bs, 6-8 godzin. Bardzo ciekawe scenerie :) Pani w kasie trzeba powiedzieć, że bilet kosztuje 40Bs.

Uyuni – 64 agencje organizujące wyjazdy na Salar! Wszyscy kręcą i naciągają. Polecamy agencję Brisa. Więcej tutaj:
http://www.przezswiat.pl/porada,18,Z_jaka_agencja_na_Salar?

Autobus z Uyuni do La Paz: 100Bs, stargowane na 85Bs, jedzie całą noc.

La Paz – miła odmiana po zacofanym południu, można tu nawet kupić pączki w piekarni! Hospedaje w okolicy Targu Czarownic: stargowane na 65Bs za dwójkę.

Autbous turystyczny z La Paz do Copacabany: 25Bs z odbiorem o świcie z hotelu. Można też jechać taniej busikiem z okolic cmentarza. W obu przypadkach w połowie drogi trzeba wysiąść, pojazd płynie barką, a pasażerowie płacą 1,5Bs za przepłynięcie cieśniny łódką.

Copacabana – bardzo miła miejscowość nad jeziorem Titicaca. Je się tutaj pstrągi, a nie kurczaki! Miły hotel na rogu tuż przy przystanku autbusowym – 60Bs za dwójkę. Wejście na punkt widokowy (mirador) płatne. Wejście na górę z Drogą Krzyżową darmowe.

Isla del Sol – wyspa ładna, ale zdecydowanie za dużo bramek pobierających opłaty. Właśnie dlatego nie polecamy. Przejście z południa na północ łącznie kosztuje 20Bs za osobę. Nocleg w części północnej 40Bs w miejscu bez nazwy i szyldu (lokalni chłopcy nas tam zaprowadzili). Jedzenie 20-25Bs za mały dwudaniowy obiad, z widokiem.Bilety w obie strony koniecznie trzeba kupić w Copacabanie. Bilet tam w dwie strony kosztuje 25Bs, a bilet powrotny kupiony na wyspie 20Bs.

Copacabana – Puno: dojazd niby prosty bezpośrednim autobusem za 25Bs, ale lokalni wykorzystują blokady w Puno do podbijania cen. Rano nam powiedzieli, że autobus nie pojedzie, ale można popłynąć łódką, która ominie blokadę za 180Bs, później za 100Bs. Tyle, że trzeba było samemu jechać na granicę po stempelek, a oni nie mogli obiecać, że będą czekać. Dokładnie w momencie, gdy odpłynęła łódka, pojawiła się oferta transportu busem z przesiadką za strajkiem. Droga odbyła się zupełnie inaczej, ale dojechaliśmy. Koszt 33Bs po stargowaniu (z 80BS).

Wszystkie ceny powyżej były uzyskane po mocnym targowaniu. Lepiej znać hiszpański :)

Brak komentarzy
0

Polecane wpisy

Dodaj komentarz