Fuerteventura, część 2

15 maja 2016

Następnego dnia zaczęliśmy wycieczkę na północy wyspy, to bardzo łatwe gdy na północy wyspy się mieszka. Pojechaliśmy do El Cotillo, niewielkiego miasteczka znanego z turkusowych lagun. Było by idealnie, gdyby nie ten typ, który „nie wziął mi obiektywu”! Ta niby nieistotna okoliczność tłumaczy pozorny nieporządek w zdjęciach w tym wpisie, po prostu trzeba było do El Cotillo przyjechać jeszcze raz, ze wspomnianym obiektywem.

W El Cotillo jest też bardzo miła i fotogeniczna plaża. L chciała tam zrobić zdjęcie nurkującego chłopca, ale ktoś go zasłonił kijem. Potem chłopiec zszedł pod wodę.
Na plaży są pobudowane murki osłaniające od wiatru. Nie jest ich dużo, więc pamiętajcie, żeby wstać o szóstej rano i położyć ręcznik!

Przyszedł czas na południe wyspy, gdzie bardziej świeciło słońce, ale wciąż wiało tak, że urywało głowę. Zaczęliśmy od odwiedzenia uratowanych żółwi w porcie Morro Jable, potem odwiedziliśmy piaszczyste plaże na których zaczepiały nas wiewiórki, by zaraz potem wyjechać w dzicz w kierunku Cofete, czyli pięknej (uznawanej za jedną z najpiękniejszych na świecie) dzikiej plaży. Ponoć większość ludzi kończy wycieczkę na punkcie widokowym i nie dojeżdża tam, gdzie najciekawiej. Tak też zrobiliśmy my.

Na punkcie widokowym wszyscy odwiedzający przerabiali ten sam scenariusz (może jest opisany w Lonely Planet?):
– otwieramy drzwi, po czym z przerażeniem je zamykamy,
– chwilę się zastanawiamy, po czym wychodzimy szybko trzymając się za głowę,
– robimy zdjęcia trzymając włosy (i kiecki),
– chowamy się w samochodzie, żeby sprawdzić co wyszło,
– jeśli nie wyszło zaczynamy od początku.
Tak, wiało.

Z powrotem na północy. O Corralejo słyszeliśmy już przed wyjazdem, jaki klimat, jak ładnie, jak wspaniale. To prawda, choć miasteczko jest tłoczne i przepełnione turystami, to ma w sobie coś, co sprawia, że chciało by się tam zostać dłużej (za każdym razem i niezależenie jak długo się jest). Po ulicach chodzą surferzy z deskami (choć fal nigdzie nie widać), można zjeść obiad na wybrzeżu w cenie obiadu w barze mlecznym w Poznaniu. Aż zaczęliśmy przeglądać oferty sprzedaży mieszkań (całkiem korzystne swoją drogą, maybe next time)…

Tuż obok Corralejo znajdują się wydmy. Bardzo ładne, ale z każdego z trzech podejść do nacieszenia się wydmami wracaliśmy przewiani i przemarznięci. Może jak zamieszkamy kiedyś na Fuerte, to zdarzy się dzień bez wiatru. Wtedy pojedziemy na wydmy!
INFORMACJE PRAKTYCZNE:  Żółwie można oglądać w porcie w Morro Jable w żółwim przedszkolu (Guardería de tortugas) otwarte od poniedziałku do piątku od 9 do 13.
Zaraz po zjeździe na Cofete kończy się asfalt i zaczyna szutrowa droga pod górę, którą dojeżdża się do punktu widokowego. Stamtąd dalej można zjechać na plażę. Nie wolno tam się kąpać, prądy są bardzo wciągające.

Na Fuerteventurze zatrzymaliśmy się w Origo Mare, dziękujemy i polecamy.

Polecane wpisy

4 komentarze

Podróż w Andy 17 maja 2016 at 14:29

Piękne widoki. Najbardziej mi sie podobaja te popcornowe kamyczki ;)
Pozdrawiam

Odpowiedz
Ewelina 17 maja 2016 at 19:07

Przepiękne zdjęcia, zarówno z 2 jak i z 1 części wpisu z Fuerteventury! Wspomnienia sprzed 2 lat wracają :)

pozdrawiam :)

Odpowiedz
Krzysztof 26 lipca 2016 at 15:38

Super fotki.

Fuertewentura jest super i ma przepiekne plaze. Ja mieszkam na Lanzarote i rowniez polecam wycieczke na „moja” wyspe.

Pozdrawiam

Odpowiedz
Michał Reczek 14 lutego 2017 at 10:41

Kapitalnie ogląda się wasze zdjęcia. Uwielbiam! Po raz kolejny sprawdza się stara maksyma, że „kto szuka, nie błądzi”. Dzięki za blog. Dodaje do ulubionych i będę zaglądał :)

Odpowiedz

Dodaj komentarz