Algarve | Emigracja listopadowa

8 grudnia 2017

Już od jakiegoś czasu jest tak, że wolimy gdzieś być niż jakoś szalenie zwiedzać. Poczuć jak rano wschodzi słońce, kupować bułki w tej samej piekarni, zaprzyjaźnić się z inną rodziną w podobnej do naszej sytuacji, witać się codziennie o tej samej porze ze sprzedawcą pamiątek rozstawiającym swoje rzeczy na sprzedaż. Pomieszkać.

Jesteśmy więc w Lagos. Właściwie trochę z przypadku. Wymarzyliśmy sobie Porto, ale ostatecznie wybraliśmy Algarve. Lagos w sezonie najprawdopodobniej by nas przeraziło, ale teraz jest idealne. Ciasne brukowane uliczki, rano trzepot mewich skrzydeł. Morskie fale w odległości 10 minut od domu. Widok z balkonu na nieco pokruszone już ściany z azulejos.

Na południu Portugalii już kiedyś byliśmy; co prawda na chwilę, ale wystarczająco by już wtedy polubić Algarve poza sezonem. Tak jak i wtedy, tak teraz, naszym pierwszym odczuciem było to, jaki niezwykły spokój tu panuje. Wydaje się, że niebo ma codziennie ten sam odcień błękitu, liście palm codziennie poruszają się w podobny sposób, a najbardziej donośnym dźwiękiem unoszącym się nad miastem jest krzyk mew.

Ludzie też żyją jakby spokojniej. Poruszają się, ale nigdzie nie spieszą. Nikt nie potrąca przechodniów biegnąc zaspanym do pracy. Nikt nie trąbi jak samochód zatrzyma się na kilka minut blokując drogę. Spożywczy, który mamy przed domem, nie ma godzin otwarcia, a pan sprzedający kasztany  na placu przychodzi jeszcze mniej regularnie. Czasem jest, a czasem go nie ma.

Mówimy po portugalsku i coraz więcej rozumiemy. Wciąż najbardziej lubimy pastel de nata. Na targu kupujemy ryby i owoce morza. Im wcześniej rano, tym większy wybór. Zbieramy muszle na plaży.

Mamy siebie i mamy czas.

_MG_6606r Dni są krótkie, a wieczory zimne. To raczej nie jest wyjazd by zwiedzać. B pracuje codziennie od 7.00 do 15.00 (nie sprzedaje pamiątek; po prostu jego pracodawca jest na tyle miły, że jest mu obojętnie gdzie on i jego komputer się znajduje), a ja i Olko chodzimy codziennie na  przedpołudniowe spacery.

W pierwszy weekend wybraliśmy się na przylądek. Lagos i Ponta de Piedade dzielą trzy kilometry i kilkanaście ukrytych wśród pomarańczowych klifów plaż.

Polecane wpisy

2 komentarzy

Bo moje życie to podróż 10 grudnia 2017 at 00:34

Cześć.Uwielbiam Waszego bloga.Za fotografie i treści.Marzę o tym, aby mieć czas. Wspaniałek i klimatyczne zdjęcia.Czekam na więcej.Pozdrawiam.Martyna.

Odpowiedz
lbt 10 grudnia 2017 at 15:29

Dzięki bardzo! Pozdrawiamy!!

Odpowiedz

Dodaj komentarz