Wodospady i świątynie | Bali cz. 2

16 października 2018

Długo nie mogliśmy się zdecydować, jak będziemy przemieszczać się po Bali. Pierwszym rozwiązaniem jest oczywiście skuter, ale według nas, z małym dzieckiem, odpada. Nie po tak zatłoczonych drogach. Nie, żeby stać w słońcu w korku. Ostatecznie wypożyczyliśmy samochód, wbrew zdziwieniu wszystkich – bez kierowcy. Sami sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Choćby drożej. Choćby pod wiatr.

Plany mieliśmy ambitne, ale rzeczywistość okazała się bezlitosna. Chcieliśmy zobaczyć trzy świątynie, a zobaczyliśmy dwie. W tym jedną w deszczu. Chcieliśmy trzy wodospady, dotarliśmy do jednego. Wszędzie tłoczno, wszędzie korki, wszędzie tłumy.

Ale jakkolwiek by tłoczno nie było, dość szybko daliśmy się uwieść tej dziwnej magii Bali.

Indonezja to jakieś 17 tysięcy wysp, etnograficzny tygiel. Wiele języków, wiele religii; wiele smaków, kolorów, dźwięków i krajobrazów. Ale tylko na jednej z wysp zachowała się specyficzna mieszanka hinduizmu, animizmu i buddyzmu – hinduizm balijski, religia świętej wody.

Już o świecie, jeszcze przed pierwszym pianiem koguta, przed pierwszym klaksonem skutera, ktoś zapala pierwsze kadzidła. Większe świątynie i mniejsze świątynki szczelnie wypełniają mapę miast i wiosek. Okadza się domy, mosty, auta i skutery – wszystko by chronić je i siebie przed złymi duchami, tak bardzo przecież obecnymi. Wierzenia są silne, tradycyjne ceremonie żarliwe, a zwykły dzień podporządkowuje się religijnym rytuałom,

W pierwszą wolną sobotę wybraliśmy się na wycieczkę, najpierw zatoczyliśmy małe kółko wokół Ubud, a pierwszym przystankiem był wodospad Tukad Cepung. By dotrzeć do ostatniej jaskini, najpierw musieliśmy przedrzeć się przez chaszcze, a potem brodzić w wodzie po kolana. Wąskie strużki światła przechodzące przez liście, tworzyły niesamowity klimat, i nawet za bardzo nie przeszkadzała nam obecność kilkunastu innych osób, robiących sobie zdjęcia dokładnie w tych samych miejscach.

Kawałek dalej od wodospadu znajduje się jedna z ważniejszych świątyń na wyspie – Pura Tirta Empul. Do rytualnych kąpieli codziennie ustawiają się tam kolejki. W kilku basenach z wodą, było gęsto od ludzi, kwiatów i ryb. Sarongi obowiązkowo zakładane przy wejściu by zasłonić nogi, tworzyły z tłumu barwną, zbitą mozaikę, która przesuwała się wolno po świątyni. Do każdego z kilkunastu wyznaczonych miejscach, co chwilę podchodził ktoś nowy, pochylał się i zapalał kadzidełko składając ofiarę.

Przez pierwsze pół dnia wulkan Agung wychylał się prawie przy każdym zakręcie, majestatycznie górując nad domami i polami ryżowymi. Potem, skręciliśmy na północny wschód, wjechaliśmy w krainę górzystą i zakrytą mgłą. Jak wysiedliśmy z auta, poczuliśmy pierwsze delikatne krople deszczu i pierwszy raz na tym wyjeździe żałowałam, że nie mam swetra.

Pura Ulun Danu Bratan to kolejna duża i znacząca świątynia jaką odwiedziliśmy, ale dużo bardziej od samego budynku podobało nam się jego położenie. Barwa jeziora idealnie kontrastowała z czerwonymi łódkami, które po nim pływały. Autobusy jawajskich dziewcząt ustawiały się do zdjęć z naszym Olkiem, a ja fotografowałam ich bez cienia zażenowania.

Szukaliśmy też słynne kawy luwak. W Bali Pulina obejrzeliśmy łaskuny w klatkach i wypiliśmy po filiżance kawy. Dopiero parę tygodni później, na Jawie, dowiedzieliśmy się, że te ziarna, które pozyskuje się od łaskunów żyjących w niewoli, są zdecydowanie niższej jakości niż te „prawdziwe”, które pochodzą tylko od dziko żyjących zwierząt. Na targu w Ubud można kupić woreczek kawy luwak za kilka złotych, z tym, że nie jest to oczywiście prawdziwa kawa luwak. Metody podrabiania są przeróżne: od pakowania ziaren zwyczajnej kawy, do wciskania ich w gałązki bambusa, tak by tam sfermentowały i przypominały te trawione w łaskunich jelitach.

Nie zwiedzaliśmy Bali bardzo intensywnie. Bardziej niż zwiedzaliśmy,  to odwiedzaliśmy. Byliśmy. Przypatrywaliśmy się. Dużo przyjemniej niż pędzić od atrakcji do atrakcji jest usiąść na kawałku trawy przy parkingu, zjeść drugie śniadanie i dać się zagadać grupce indonezyjskiej młodzieży.

Oprócz krótkiego pobytu w porcie jakiś czas później, właściwie w ogóle nie dotarliśmy na Bali na wybrzeże. Podobno nie duża to szkoda, bo większość plaż w południowej części wyspy i tak są terenem ogrodzonych hoteli. Dla dzikich i pięknych plaż pojechaliśmy w Indonezji zupełnie gdzie indziej, ale o tym, będą już kolejne wpisy.

Brak komentarzy
0

Polecane wpisy

Dodaj komentarz