Neapol | Viva la pizza!

24 kwietnia 2019

Opowieść o Neapolu zaczynamy od jedzenia. Nie może być inaczej, skoro wysiadamy z samolotu, a świat pachnie pizzą. Skoro jej zjedzenie jest pierwszą rzeczą jaką robimy po wyjściu z samolotu, jeszcze na lotnisku. W Neapolu jedliśmy dużo i często.

Przyjechałem do Neapolu żeby zjeść pizzę  – krzyczy nasz Olko pierwszego dnia do telefonu podczas rozmowy z babcią. Więc zacznijmy od pizzy!

Pizza neapolitańska. Już sama nazwa jest jedyna w swoim rodzaju i otoczona ochroną. Musi mieć odpowiednią wielkość i grubość, piec się w odpowiednim piecu i w odpowiedniej temperaturze. I być opalana odpowiednim drewnem. Cienka, ale nie rozpadająca się. Polana oliwą, ale nie tłusta. Można by powiedzieć – idealna.

Nasz numer jeden to zdecydowanie L’Antica Pizzeria da Michele.  Menu jest krótkie - marinara lub margharita. Kilkadziesiąt stolików w środku i wieczna kolejka. Wielki buchający ogniem piec i kilkanaście osób obsługi z naręczami jeszcze parującej pizzę. I tak od 1870 roku.

Ludzie ze stolika obok wydają głośne och i ach gdy przychodzi ich kolej i dostają swoją pizzę na stół, a Olko krzyczy z entuzjazmem i podnieceniem. Ale faktycznie jest czym się ekscytować. Pizza jest wyśmienita, a jedyny problem to taki, że może nam już nie smakować żadna inna. 

Z innych miejsc polecamy też Gino Sorbillo oraz Concettina ai Tre Santi. W tej ostatniej, jeśli nie chcecie czekać w kolejce na stolik, to możecie zjeść na malutkich stoliczkach tuż przy kasie – są zawsze wolne, bez kolejki.

Punkt drugi. Owoce morza i świeże ryby. Tak świeże, że z jednej strony wejścia, ośmiornice jeszcze machają mackami w wannie, a po drugiej stronie już lądują na talerzu. Pyszne makarony, pyszna ryba i właściwie niewiele dodatków, bo ich nie potrzeba. Takie rzeczy w Pescheria Azzurra, polecamy gorąco!

Punkt trzeci. Domowy obiad w Trattoria Da Nennella. Najpierw czekasz na stolik. Podajesz swoje imię, choć nawet przy tym trzeba się już trochę poprzepychać i poprzekrzykiwać. Potem, gdy zawołają Twoje imię i uda Ci się je usłyszeć, siadasz.  Potem machasz kartką a5, która jest menu, czekając aż któryś z kelnerów na sekundę zawiesi na Tobie wzrok. Nie masz dużo czasu, bo kelner biegnie dalej, ale potem, w końcu jesz. I jest pysznie. Chociaż składniki są  proste, dania nieskomplikowane to całość jest pyszna, jakby ugościła Cię właśnie włoska babcia wkładając cale swoje serce do garów. Makaron, dużo sosu, obok miska startego parmezanu z chochlą do nakładania. Trattoria serwuje menu, więc w konkretnej cenie (12€) wybierasz pierwsze i drugie danie, dodatki, a potem jeszcze deser.

Ale chyba jeszcze smaczniejsza od samych dań, jest atmosfera. Godzina 14:00, poniedziałek, w środku tłumy.  Przyśpiewki i oklaski, okrzyki radości i wymachiwanie rękoma. Rozmowy, mlaskanie i dzwonienie kieliszków. Leje się domowe wino. A potem, z ulicy wchodzi pan z gitarą i w jakieś dwie minuty zaczyna się impreza. 

Olko śpi.

Punkt czwarty. Słodkie. O sfogiatteli czytaliśmy dużo. Że z ricottą, że na ciepło, że krucha. I jedliśmy też dużo.  I fakt, że nie ma ani jednego słodkiego zdjęcia, jest dość niepokojący.

Poza tym kawa i lody – podobno najlepsze, choć my akurat na najlepsze lody, niezmiennie zapraszamy do Poznania! 

 

 

Polecane wpisy

2 komentarzy

Ola 7 czerwca 2019 at 13:48

Jak zawsze niesamowite zdjęcia! Jakimi obiektywami fotografujecie? 50mm f/1.4 czy czymś innym? :) Pozdrawiam serdecznie!

Odpowiedz
lbt 10 czerwca 2019 at 11:31

Hej! Dzięki bardzo!! <3 A co do obiektywu – 50mm i 24mm (2.8)
Pozdrowienia!

Odpowiedz

Dodaj komentarz